Skok przez płotki - parę słów o "Skoku w dal" Jerzego Kronholda

***   
Wybacz
jechałem
zbyt szybko
w obszarze zabudowanym
gdy wyskoczył
ten wyżeł
nie było ratunku
poszła chłodnica
widziałem w lusterku jak wił się
nie powiedziałem ci
ze strachu i że
uciekłem
że uciekam
przed tym
do dziś

Skok w dal okazał się książką wyjątkowo fortunną zarówno dla autora, jak i wydawcy, ponieważ zgarnął nominacje do większości liczących się nagród w kraju: Nike, Szymborskiej, Silesiusa, Miasta Warszawy – tylko Gdynia, pokazując kawał solidnego, historycznie chyba uwarunkowanego rozsądku, nie dała mu się uwieść.  Jest to o tyle niepojęte, że tomik nie prezentuje sobą chyba żadnej wartości, którą mógłbym kojarzyć z szeroko rozumianą dobrą poezją najnowszą.

Większość wierszy w Skoku w dal jest oparta na koncepcie; nie barokowym, ale lingwistycznym, rodem z lat 70. I można by pewnie wybaczyć tę anachroniczność, która w niektórych środowiskach staje się nawet poetycką modą, gdyby nie to, że te koncepty są najzwyczajniej na świecie słabe, żeby nie powiedzieć: cienkie jak wędkarski przypon. Bo naprawdę, oparcie wiersza na frazeologizmie „porywać się z motyką na słońce” w kontekście uprawy kwiatów pozostałych po zmarłej żonie, albo ujmowanie żałoby poprzez porównanie podmiotu do chrząszcza leżącego na grzbiecie nie sięga szczytów kreatywności, ani nawet pagórków pomysłu. Jest po prostu banalne. 

Aby oddać sprawiedliwość autorowi, można się zastanowić, czy ta banalność nie jest właśnie zaletą tomu; otóż nie. Banalność może być atutem, kiedy idzie w parze z rozbudowaną albo ciekawą, obrazową metaforyką, kiedy w wierszach „coś się dzieje”, kiedy bąbelkowa folia słowa uzupełnia pustawe pudełko konceptu, tak jak to ma miejsce np. u Katarzyny Fetlińskiej, albo – aby uniknąć oskarżenia o przeskoczenie trzech pokoleń – we wczesnych wierszach Krynickiego. Tymczasem liryki Kronholda są zupełnie zwyczajne. Kiedy oprze się wiersz z prymitywnym konceptem na uproszczonej do bólu metodzie pisarskiej, jedyne, co w nim pozostaje, to emocjonalna szczerość: ale to o wiele, wiele za mało.

Najgorsze jednak jest to, że Kronhold ewidentnie stwierdził, że z racji wieku/stażu/liczby wydanych książek/całokształtu twórczości/znajomości z Barańczakiem/czegokolwiek innego wszystko mu wolno. I okej, prawda to przecież, że starość ma swoje prawa nie gorsze od praw młodości; problem w tym, że autor przekracza granice nie poetyki, ale dobrego smaku. Mówię tu oczywiście o słynnym miłosnym wierszu o sikaniu (List), który na (znów) banalnym, ale za to skatologicznym koncepcie próbuje ugrać chyba jakiś skandal, w tym samym stylu, w którym próbują robić to poeci trzeciego obiegu, nadrabiający braki warsztatowe nadmiarem wulgaryzmów i niesmacznych metafor. Nie wspominając o tym, że w obliczu tego wiersza oskarżanie przez Kronholda Darka Foksa o pisanie „poezji klozetowej”, co miało miejsce w trakcie festiwalu Silesius, brzmi jak jakiś sardoniczny dowcip. 

Całe lato 
                                     Joannie Zach 
Całe lato pływałem
i pisałem mejle do ciebie
niekiedy wydawało się
że jest inaczej
że piszę do kogoś innego
a do ciebie płynę

A jeśli komuś w trakcie lektury tego tekstu przyszło do głowy, że przecież nie tak łatwo jest w tym wieku pisać wiersze trafiające w gusta młodych krytyków, i to jeszcze wiersze o sikaniu, odsyłam do najnowszego tomu Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, nota bene rówieśniczki Kronholda. Obydwa te argumenty szybko przestaną wydawać się zasadne. 


Wpis powstał dzięki uprzejmości Fundacji Wisławy Szymborskiej, która dostarczyła książkę do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz