Dyskretny bełkot recenzenta

Nigdy nie byłem specjalnie przekonany do gatunku literackiego, jakim jest recenzja. Jednym z wyrazów tej (nie tylko mojej) niechęci jest blog, na którym czytacie Państwo ten tekst, a który od tradycji recenzenckiej odżegnuje się jak najusilniej, próbując być zarazem czymś więcej (bo platformą, w której nie tylko dzielimy się przemyśleniami, ale też odczuciami w formie nieskażonej wymogami genologicznymi), jak i czymś mniej (bo zdając sobie sprawę z ułomności przyjętej formuły nie rościmy sobie prawa do żadnego opiniotwórstwa). Z przykrością stwierdzam, że im dalej w las, pardon, im dłużej żyję i im więcej czytam, tym bardziej awersja przybiera na sile. 

Uważam, że recenzja jest w pewnym sensie formą totalną – bezwzględnie zmuszającą do zajęcia stanowiska, do powiedzenia A albo B, do wstawienia jedynki albo piątki, w ostateczności trójki, jednak do zadeklarowania pewnego konkretnego i zazwyczaj brutalnego poglądu na tekst. Bo przecież istotą każdej recenzji, jej żywą tkanką, jest ocena. I właśnie ta totalność zawsze mnie od nich odżegnywała – nie przepadam za tak wyrazistym stawianiem po którejś stronie barykady; kojarzy mi się to, przyznam szczerze, bardzo brzydko – z postępującą polaryzacją dyskursu publicznego, z wszechpanującym w polskiej (i nie tylko) rzeczywistości „wiedzeniem lepiej” i najmojszą moją racją. Zresztą - tym bardziej w bólach powstaje ten tekst, ponieważ zdaję sobie sprawę, że w dużej mierze będzie takim właśnie jednostronnym mądrzeniem się; w pełni świadom tego paradoksu, czuję jednak, że muszę te kilka słów spisać.


Recenzje dziś pojawiają się w zasadzie tylko w trzech miejscach: w prasie literackiej, prasie naukowej oraz internecie. Te pierwsze – to najczęściej recenzje „starej gwardii” krytycznej – Karola Maliszewskiego, Krzysztofa Koehlera, Mariana Stali itd., czyli osób, które faktycznie zdają sobie sprawę ze wspomnianej, opiniotwórczej funkcji pisanych przez siebie tekstów. Problem w tym, że prasa literacka ma – nie oszukujmy się i nie zaklinajmy rzeczywistości – prawie zerowy zasięg, a żeby ująć sprawę wprost i bez zbędnych eufemizmów, nikt jej nie czyta. Bo przecież nie tylko nakłady, ale również liczba czytelników „Odry”, „Toposu”, „Dziennika literackiego” i temu podobnych periodyków, zazwyczaj przeżywających lata świetności zanim aktualnie wkraczające w życie literackie pokolenie poetów w ogóle się urodziło, jest żenująca i oscyluje zazwyczaj dokoła kilku setek, w porywach do kilku tysięcy. Tak jakby tego było mało, w zakres tych kilku setek czy tysięcy wchodzą głównie sami krytycy i poeci. Tym samym cały sens recenzji jako środka mającego wspomagać mniej obeznanego czytelnika we własnej ocenie tekstu znika, ustępując refleksyjności samej dla siebie. Ocena, która nie dotrze do odbiorcy, staje się tylko prywatną sprawą recenzenta.

Najszersze zapewne nakłady mają gazety codzienne; ciężko mi powiedzieć, ponieważ gazet codziennych nie czytuję, nie czytuje ich również nikt, kogo znam, poza moją babcią. W ramach przygotowania do pisania felietonu wykosztowałem się jednak i kupiłem numer „Gazety wyborczej”, w której znalazłem 3 (słownie: trzy) króciutkie recenzyjki, zajaweczki książeczek, drobniusieńkie i petitkiem na stroniczce gdzieś w bladziutkim środeczku napisane, które – w istocie – zawierają w sobie oceny, ba! nawet oceny punktowe, w skali od jeden do pięciu, jednak nadal stanowią bardziej blurby niż faktyczne artykuły na temat przeczytanych przez autora (bo wszystkie są tego samego autora) książek. Szczególnie, że dotyczą prozy. O poezji ani słychu. Po tym eksperymencie zrezygnowałem z nabycia tygodników opinii, co zresztą – moim skromnym zdaniem – o tyle nie miałoby sensu, że je też mało kto już czytuje. 

W prasie naukowej z kolei funkcjonują – niespodzianka – recenzje naukowe, czyli takie, które same w sobie są tekstami naukowymi, czy też dokołanaukowymi. Nie ukrywam: uważam, że to właśnie w tym rejonie tradycja recenzji przetrwała w formie najczystszej i najsensowniejszej. W dobrej recenzji naukowej z a w s z e jest zawarta bezwzględna, druzgocąca często ocena, podparta obszerną argumentacją i autorytetem recenzenta; jest to o tyle niezbędne, że artykuły i szkice literaturoznawcze, mające rozszerzać nie kulturalny, a intelektualny dobytek narodu, muszą koniecznie być przesiewane przez bardzo gęste sito. Problem w tym, że recenzje naukowe – jak łatwo zauważyć – są jeszcze bardziej niszowe i hermetyczne niż czasopisma literackie, a w dodatku całkowicie pożarte same przez siebie wskutek rozbudowanej nomenklatury i metodologii, niedostępnej dla przeciętnego czytelnika. Można się stąd uczyć oceniania czy obiektywizmu, owszem; ale to ślepy zaułek. Gdyby w ten sposób rozwinąć recenzję literacką, szybko dotarlibyśmy do przykrego momentu, w którym publicystyka odnosząca się do utworu X stałaby się o wiele bardziej skomplikowana niż sam utwór X, co – oczywiście – mija się z celem i prowadzi raczej do quasi-naukowej eseistyki, niezbyt interesującej zarówno dla profesjonalistów, jak i laików. 

Skoro już bąknąłem słówko o tych dwóch „podtypach”, mogę przejść do centralnego punktu programu, na który wszyscy czekają, czyli recenzji internetowych. Recenzji, które zazwyczaj piszą ludzie młodzi – często moi rówieśnicy – oraz osoby, które poprzez żywotne związanie się z poezją jako taką chcąc-nie chcąc musiały przesiąść się na nowocześniejsze medium. Bo cały – o, ironio! – kłopot polega na tym, że recenzje w internecie faktycznie zazwyczaj k t o ś  c z y t a. W tym sensie są one opiniotwórcze, a mimo to, przy całej swojej opiniotwórczości, to, czego najbardziej im brakuje, to… opiniotwórczość.

Praktyka recenzencka, z którą spotykam się od niedawna, przeraża. Za teksty krytyczne – co stało się, niestety, oczywiste – nikt nie płaci; dlatego piszą je z reguły albo pasjonaci, albo osoby, które przyjmują zapłatę w innej walucie, a mianowicie w egzemplarzach recenzenckich. Poezja się wydawnictwom nie zwraca, książki kosztują fortunę, a jednocześnie wskutek polifonizacji rynku wydawniczego, ważnych premier jest mnóstwo – i gwarantuję, że ogromnej większości osób w moim wieku, aktualnie kończących studia magisterskie albo zaczynających doktoranckie, po prostu nie stać na regularne aktualizowanie swoich biblioteczek. Dlatego zaczynają oni pisać recenzje, dostają egzemplarze recenzenckie… a wydawnictwa – nadsyłając wspomniane egzemplarze – liczą na recenzje pozytywne. 

Ponieważ osób wkraczających w życie literackie na książki nie stać, starają się one kupować te tomy wierszy, o których wiedzą, że kupić je warto. Przyznajmy wprost, branie poezji na ślepo z półki często kończy się wydaniem równowartości trzech obiadów na jakiś kompletny szrot, na który zwyczajnie nie plunęłoby się nawet gęstą śliną. Dlatego kluczowy znów staje się biznes recenzencki, który wskazuje, na które tomy warto zwrócić uwagę; w związku z tym wydawnictw nie interesuje współpraca z recenzentami, którzy piszą recenzje negatywne. Koło się zamyka. Żeby dostać książki dobre, należy najpierw recenzować książki złe, a ponieważ nie dostanie się dobrych, jeśli ich rezencje będą negatywne, recenzuje się złe książki pozytywnie. W ten sposób idea recenzji jako tekstu oceniającego zostaje podwójnie zabita. Z wyjątkowym okrucieństwem.

Na marginesie dodam, że mimo tego histerycznego tonu nadal bardzo chętnie przygarnę wszelkie egzemplarze recenzenckie, bo nie stać mnie na regularne aktualizowanie swojej biblioteczki.

Efektem są teksty, najczęściej publikowane na stronach wydawnictw, które albo ociekają bezkrytycznym zachwytem w stosunku do książek dobrych – bo młody recenzent, trafiając na niezłą pozycję, uznaje, że musi podwójnie podkreślić jej jakość – albo rozpaczliwie usiłujące doszukać się czegoś ciekawego w książkach, które wcale ciekawe nie są. Wskutek tego rozmemłania idei oceny widoczne staje się pewne przykre zjawisko, a mianowicie straszliwe, przerażające i uwłaczające i autorom i czytelnikom pustosłowie. 

Spójrzmy na końcowy fragment pewnej recenzji; z uwagi na zwykłą ludzką przyzwoitość nie podam ani jej autora (do którego nic przecież nie mam) ani strony, na której się ukazała (też Bogu ducha winnej); chodzi jedynie o zobrazowanie zjawiska: 
Poezja Słomczyńskiego staje się pełnym wzlotów i upadków poszukiwaniem zarówno alternatywnego świata, jak i alternatywnych wyjaśnień dla świata już istniejącego. Poeta niestrudzenie rozmontowuje klisze, którymi zwykliśmy patrzeć na rzeczywistość. O sprawach zwyczajnych mówi w sposób nadzwyczajny, przykuwając tym samym uwagę czytelnika, przed którym stoi zadanie znalezienia i rozwikłania sensu rozkwitającego w utworach. W znalezieniu go pomogą intelektualny wysiłek i wyobraźnia, którą niewątpliwie rozbudzą poetyckie obrazy rozmnożone w tym niepowtarzalnym dziele.
Proponuję, w ramach intelektualnej zabawy i wysiłku, do którego zachęca autor, wprowadzić do tekstu jedną drobną zmianę: 
Poezja Mansztajna staje się pełnym wzlotów i upadków poszukiwaniem zarówno alternatywnego świata, jak i alternatywnych wyjaśnień dla świata już istniejącego. Poeta niestrudzenie rozmontowuje klisze, którymi zwykliśmy patrzeć na rzeczywistość. O sprawach zwyczajnych mówi w sposób nadzwyczajny, przykuwając tym samym uwagę czytelnika, przed którym stoi zadanie znalezienia i rozwikłania sensu rozkwitającego w utworach. W znalezieniu go pomogą intelektualny wysiłek i wyobraźnia, którą niewątpliwie rozbudzą poetyckie obrazy rozmnożone w tym niepowtarzalnym dziele.
Albo tak:
Poezja Szychowiak staje się pełnym wzlotów i upadków poszukiwaniem zarówno alternatywnego świata, jak i alternatywnych wyjaśnień dla świata już istniejącego. Poetka niestrudzenie rozmontowuje klisze, którymi zwykliśmy patrzeć na rzeczywistość. O sprawach zwyczajnych mówi w sposób nadzwyczajny, przykuwając tym samym uwagę czytelnika, przed którym stoi zadanie znalezienia i rozwikłania sensu rozkwitającego w utworach. W znalezieniu go pomogą intelektualny wysiłek i wyobraźnia, którą niewątpliwie rozbudzą poetyckie obrazy rozmnożone w tym niepowtarzalnym dziele.
Albo jeszcze inaczej:
Poezja Słowackiego staje się pełnym wzlotów i upadków poszukiwaniem zarówno alternatywnego świata, jak i alternatywnych wyjaśnień dla świata już istniejącego. Poeta niestrudzenie rozmontowuje klisze, którymi zwykliśmy patrzeć na rzeczywistość. O sprawach zwyczajnych mówi w sposób nadzwyczajny, przykuwając tym samym uwagę czytelnika, przed którym stoi zadanie znalezienia i rozwikłania sensu rozkwitającego w utworach. W znalezieniu go pomogą intelektualny wysiłek i wyobraźnia, którą niewątpliwie rozbudzą poetyckie obrazy rozmnożone w tym niepowtarzalnym dziele.

Nadęty bełkot, pretensjonalna oczywistość sformułowań, pisanie według utartych w środowisku kalek, nicnieznacząca gadka-szmatka oraz powszechne niezrozumienie dla idei recenzji – to, pozwolę sobie użyć mojego ulubionego powiedzonka, rak toczący zdrową tkankę krytyki literackiej. Z powyżej przytoczonego fragmentu – co starałem się udowodnić przez prostą podstawkę – nie wynika a b s o l u t n i e  n i c poza tym, że recenzent książkę musiał jakoś podsumować. Nawet fraza o „niepowtarzalnym dziele” jest przecież nicnieznacząca, ponieważ każde dzieło jest niepowtarzalne i nie zmienia tego pozytywna konotacja, którą w języku polskim przydano temu sformułowaniu. 

Przykłady można mnożyć; internetowe recenzje – dodajmy, pochodzące z poważnych portali, nie blogów literackich szesnastoletniej Marty z Pcimia Dolnego – roją się od „mądrych” zdań z rodzaju „gra niejednoznaczności wydobywana w procesie różnicowania znaczeń”, nieporadnych wyjaśnień, jak „nie powinniśmy przywiązywać się do krytycznych, intelektualnych odczytań”, zbędnych i kretyńskich poetyzmów w stylu „i on [autor – przyp. M.Ś.] zaczyna sam, z własnej woli, opukiwać głuche ściany, szukając niewypełnionych pustek (miejsc tajemnicy) i rozumie, że ona jest nigdzie i wszędzie” (!), czy też pustych stwierdzeń: „poezja, która rozbija pryzmaty, będąc jednocześnie świadoma swej klęski”. 

Może powinienem być łagodniejszy dla – bądź co bądź – kolegów po fachu; sam przecież piszę teksty o wierszach i nierzadko są równie lub bardziej mętne, co wyżej przytoczone przykłady. Rzecz jednak w tym, że ani ja, ani moi przyjaciele współtworzący tego bloga, nie usiłujemy twierdzić, że nasze teksty są w jakikolwiek sposób opiniotwórcze – to nie są recenzje. Od oceny uciekamy najdalej jak się da, chyba że uznamy za stosowne ją zawrzeć jako element refleksji; ale uchowaj nas, panie, od prób robienia ze swoich prywatnych rojeń tekstu wiążącego czytelnika profesjonalnym stosunkiem do książki. 

Zarzucić mi można na pewno jedno: że ten problem, który rozstrząsam z takim pietyzmem i we wspomnianym już histerycznym tonie, jest tak naprawdę w dużej mierze problemem semantycznym. Sam przecież przynaję, że publicystykę poetycką wszelkiej jakości, od najgorszej do najlepszej, uznaję za akceptowalną i pałanie świętym oburzeniem na to, że niektórzy chcą ją nazywać recenzjami, może wydawać się przesadą. Ale  r e c e n z j a jest tym gatunkiem publicystyki, która k r e u je bieżące życie literackie, to życie literackie, które mnie najbardziej – jako początkującego autora i krytyka – interesuje. Poza tym, pod tą pozornie błahą, semantyczną problematyką kryje się coś o wiele istotniejszego: kwestia intelektualnej uczciwości.

Nie twierdzę oczywiście, że nie da się w polskiej sferze literackiego internetu znaleźć krytyki dobrej, solidnej; da się. Ba, da się znaleźć nawet dobre recenzje. Wymaga to jednak o wiele więcej wysiłku, niż powinno; jest ich na tyle mało, że stanowią głównie osłodę długich poszukiwań.

Paradoksalnie, miejsce, w którym idea recenzowania przetrwała w najczystszej formie, jest – moim zdaniem – szeroko obśmiewany portal lubimyczytac.pl, na którym wystawia się ksiażkom oceny w dziesięciogwiazdkowej skali (zauważmy, że o wiele lepiej to informuje odbiorcę o naszym stosunku do tekstu, niż dwadzieścia tysięcy znaków bełkotliwej analizy i interpretacji zakończonej wnioskiem o „wyjątkowej niejednorodności”), po czym – opcjonalnie – dodaje się parę zdań wrażeń. I te parę zdań wrażeń – często pisanych przez osoby w żaden sposób niezwiązane z literaturą – zazwyczaj mają więcej sensu niż „recenzje” publikowane na stronach o daleko poważniejszych ambicjach. Jednocześnie jest ich zawsze wiele, dzięki czemu można przy odrobinie dobrej chęci oddzielić czysty hejt i bezmyślny fanboizm od wyważonych opinii, uzyskując jakieś uśrednienie, które co prawda nie powie nam, czy książka nam się spodoba, ale na pewno da ogólne pojęcie o jej szeroko rozumianej wartości artystycznej.

Jako czytelnik zapewne oczekiwałbym od takiego tekstu, stanowiącego niezbyt rozbudowaną przecież diagnozę, pełną w dodatku ekskatedralnych sądów, jakiejś propozycji finalnej; jakiegoś rozwiązania. A rozwiązania widzę dwa: albo pojawi się na rynku jakaś niezależna instytucja, która zlecać będzie autorom p ł a t n e recenzje, albo trzeba przestać pisać recenzje. Ponieważ ta pierwsza opcja jest tak bezgranicznie naiwna, że nawet mnie samego pusty śmiech ogarnia, pozostaje druga ewentualność. Przecież mnóstwo jest form publicystyki, w których można się z powodzeniem realizować.






3 komentarze:

  1. Zgadzam się. Takie czasy, gdzie najbardziej liczy się to co nie istnieje i czym bardziej nie istnieje tym bardziej się liczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Takie czasy, gdzie najbardziej liczy się to co nie istnieje i czym bardziej nie istnieje tym bardziej się liczy" - to chyba o uchodźcach w Polsce? ;)

    OdpowiedzUsuń